wtorek, 20 sierpnia 2013

"Smiley" (2012)

Borykająca się ze świadomością samobójczej śmierci matki, nieśmiała Ashley zaczyna studia z dala od domu i kochającego ojca. Poznaje swoją współlokatorkę, przebojową Proxy, która wprowadza ją w świat studenckich imprez i odkrywa przed nią zalety Internetu, bowiem wraz ze swoimi przyjaciółmi jest stałą bywalczynią forów i video czatów. Proxy i jej koledzy, maniacy komputerowi opowiadają Ashley krążącą po campusie miejską legendę, wedle której trzykrotne napisanie do anonimowej osoby na czacie zdania „Zrobiłem to dla śmiechu” przywoła mordercę, Smiley’a, który pojawi się za adresatem wiadomości i zasztyletuje go. Z początku Ashley jest przekonana, że to wymysły znudzonych studentów, ale kiedy sama próbuje przywołać Smiley’a, ten zabija nieznanego jej internautę. Zrozpaczona dziewczyna wkrótce nabiera pewności, że morderca pragnie wyeliminować również ją.


„Wszyscy jesteśmy zdolni do popełnienia najbardziej przerażających aktów, najokrutniejszych zbrodni. Zrobić coś tylko dlatego, że możemy. Ale co hamuje nas przed zrobieniem niewyobrażalnego? Przed pójściem od światła w
ciemność.?


Chociaż pomysł na fabułę ma jakiś swój urok to i tak film niczym szczególnym mnie nie zaciekawił. Co mnie nakłoniło to niego to opis i ten szczerzący się do mnie ryj, który mam wrażenie, że zagląda w głąb mojej duszy xd. Jednak przez cały seans ledwo przesiedziałam, a do tego musiałam oglądać go dwa razy bo za pierwszym zasnęłam...
Od razu główna bohaterka Ashley nie przypadła mi do gustu, miała zagrać rolę inteligentnej studentki jednak pod wpływem "emocji", "strachu" całkowicie przestała używać rozsądku, co mnie bardzo irytowało. Postać Smiley zaintrygowała mnie na początku, (skąd się wziął? , dlaczego? itp.?) jednak w połowie, film zaczął się przeciągać, a twórcy postawili na pokazanie nam "dramatyczną sytuację" bohaterów. Chociaż pomysł na film jest dość ciekawy to nie do końca został pokazany tak jak należy, a mam tu na myśli nie wyjaśnione szczegóły w jaki sposób Smiley pokazywał się w ciągu kilku sekund za plecami ofiary. Wszystko traci kompletny sens kiedy mordercą okazują się znajomi Ashley, co nasuwa mi tu myśl że twórcy za wszelką ceną chcieli zaskoczyć widzów . Film nie jest w stanie niczym przestraszyć, nie ma żadnego klimatu ani nie trzyma w napięciu. Więcej jest pokazane życie studenckie niż morderstwa, które nie były w żaden sposób spektakularne i trwały kilka sekund.

ZWIASTUN: https://www.youtube.com/watch?v=11yBPx-ymZA
MOJA OCENA: 4/10

"Pozwól mi wejść" (2010)

Owen jest samotnym dzieckiem, który nie potrafi zaaklimatyzować się w środowisku szkolnym. Kiedy w sąsiedztwie pojawia się Abby chłopak szybko się z nią zaprzyjaźnia. Owen nie wie jeszcze, że dziewczynka jest wampirzycą, która łaknie ludzkiej krwi.


"Pozwól mi wejść" jest w dużej mierze nastrojowy, to nie jest film który ma na celu wystraszyć. Choć nie możemy tu liczyć na efektowne sceny mordów to cały ten klimat trzyma w napięciu od początku, aż po sam koniec. Bywa tak, że pod koniec filmu czujemy ulgę, że się skończył a tu czułam niedosyt. Zaszył się w mojej pamięci i oglądałam go kilkakrotnie. To co mi się podobało w tym filmie to aspekt psychologiczny między dziećmi. Głównymi bohaterami są Abby (Chloe Moretz)  i Owen (Smit-McPhee'a)  Chłopiec jest odtrącony przez rówieśników i jedyną przyjaźń zawiera z Abby co później przeistacza się w coś więcej... (jeżeli możemy liczyć na coś więcej u dwunastolatków). Szczególnie lubię jak w filmach jest pokazane trudne życie ludzi na niższym poziomie społecznym, materialnym itp. Pomijając to, że oboje mają jednego rodzica, gdzie Owena się rozwiedli, a o Abby matce nic nie zostało wspomniane. To oboje mają trudne życie, Owen jest odtrącony i wyśmiewany przez kolegów a Abby już całą swoją sytuacją nie ma lekko. Chociaż jest krwiożerczą wampirzycą to w fajny sposób jest pokazana miłość i poświęcenie do niej przez ojca. Choć do najlepszych horrorów tego nie zaliczę to na pewno postawię na pierwszym miejscu filmów z dobrym klimatem. Jak najbardziej polecam ten film i jeszcze do niego niejednokrotnie wrócę.

ZWIASTUN: https://www.youtube.com/watch?v=8h39ikMdei4
MOJA OCENA: 10/10

Valérie Tasso - Dziennik Nimfomanki

Dziennik nimfomanki to poruszająca autobiografia Francuzki z dobrego domu, dla której seks jest sensem życia. Jej przypadkowi partnerzy pochodzą z różnych środowisk, spotyka ich w niezwykłych okolicznościach, nawiązuje niecodzienne relacje, które opisuje z pełną szczerością. Wiąże się z psychopatą, przeżywa załamanie nerwowe, zostaje luksusową prostytutką. W agencji poznaje słabości mężczyzn, a w końcu znajduje miłość.

Valerie Tasso urodziła się we Francji, tu spędziła całe dzieciństwo, a także ukończyła uniwersytet. Zrobiła magisterium z zarządzania i języków obcych, rozpoczęła także studia doktoranckie na temat wzajemnych wpływów różnych kultur. Obecnie mieszka w Hiszpanii.


Książkę czyta się lekko i szybko, jest niezmiernie ciekawa i w przerażający sposób wciągająca, przez co przeczytanie książki zajęło mi niecałe 3 dni (gdzie miałam mało czasu). Jestem sprzecznie nastawiona na książki pisane w stylu pamiętników, dzienników itp. szczególnie ze względu na słabe opisywanie scen. a podejście do niej w sposób psychologiczny i co autorka o tym myśli. Często też brakuje dopowiedzenia całej sytuacji, gdyż autorka sama ją przeżyła i albo zapomina albo stwierdza, że jest to niepotrzebne. Z czego wynika że mamy niedomówienia w fabule. Zaczynając czytać tą książkę, byłam nastawiona na mocny erotyzm, jednak w tym jest coś więcej... to jest silne uzależnienie od seksu i mężczyzn, nie ważne jakiego pokroju. To jest tak, jak większość osób lubi próbować nowe rzeczy, a Val chciała każdego mężczyznę "wypróbować". Niektórych "Dziennik Nimfomanki" może obrzydzić, jednak ja zdobyłam jak największy sentyment do autorki, szczególnie podziwiam ją za szczerość. Wbrew pozorom, ta książka nie jest o seksie, tylko o szukaniu miłości. Książka jest podzielona na cztery części: w pierwszej opisuje swoje przygody z mężczyznami; w drugiej spotyka mężczyznę i się w nim zakochuje... czego później będzie żałowała; w trzeciej części zaczyna pracować w burdelu; w czwartej i ostatniej trafia na miłość. Gdy skończyłam czytać, czułam straszny niedosyt... szczególnie przez to, że ostatnia część jest za mało rozwinięta, przez co najmniej mi się podobała.

Na podstawie książki, został nakręcony film pod tym samym tytułem. Podobał mi się równie dobrze, jak książka... mimo tego, że ucięto wiele scen i nie jest wszystko dokładnie pokazane, to i tak film urzekł mnie swoim klimatem. Wszystko zostało połączone i wzięte w fabułę. I szczerze się zastanawiam, czyby nie obejrzeć go jeszcze raz.

Moja ocena: 10/10